Berserk on the top

/Piekło Czantorii czyli w "ultra-transie"

A CO TAM


Moją domeną jest zwykle myślenie: nie przesadzaj. To tylko bieg, co może być trudnego w tułaniu się wokół Czantorii. Przewyższenia? Mówią, że to najtrudniejszy bieg w Polsce. Na pewno też przesadzają, echhh, ci biegacze. Co 10 km punkt odżywczy, na trasie inni ludzie, ewidentna opcja orientacyjna – a oni jeszcze szukają dziury w całym... Co ty, dziewczyno, na Kanczendzongę idziesz? Miłej zabawy, tylko się postaraj! Najedz się bieganiem do syta, bo okazja ku temu jest dobra.

 Na pewno sponiewierasz się tak, jak lubisz.

W biegach sporo zmartwień, które człowiek gór ma na głowie, odpada. Wody starczy. Umrzeć nie umrzesz. :) Masz wszystko, tylko biegnij, to w miarę prosty ruch do przodu. Właściwie liczy się tylko kilka aspektów: to, na ile jesteś przygotowany fizycznie, to czy nie dasz ponieść się emocjom i to, ile dłużej niż ciało pociągnie sama głowa.

Na starcie wyłączyłam wszystkie „lampki”, które mogły dodatkowo niepokoić. Będzie, co ma być. W lepszej formie nie byłam chyba nigdy. Dam z siebie tyle, na ile pozwoli dyspozycja dnia. Spaczony wspinaczką umysł nie traktuje poważnie ilości podejść, a 63 km wydają się dystansem, jaki moje ciało zwykle akceptuje. Jedyna niegasnąca „lampka” to temat zbiegów. Ponad 5000 m w dół… Pracowałam nad nimi przez ostatnie cztery miesiące, pamiętając bolesne doświadczenia z dłuższych dystansów, na które nie byłam przygotowana. Czy odrobiłam zadanie domowe... wystarczająco?

W całym Piekle Czantorii nie podium jest moim sukcesem, ale dość dobry stan po biegu i szybka regeneracja – ciało współpracuje, a nie cierpi. Happy end. 

W końcu.



Fot. Andrzej Szczot


PIERWSZA PĘTLA


Start. Lubię go i nie lubię. Adrenalina wspaniale podnosi nastrój, ale ja studzę emocje. Nie spalam się, nie nakręcam. Każdy milidżul energii zachowuję, żeby wykorzystać go tam, gdzie naprawdę będzie potrzebny. Ustawiam się jak zwykle w lewym górnym rogu :) i czekam.

Jestem głodna tego biegu.

Start. Teraz, oby szybko, lubię mieć zawodniczki na oku. Nie takie, jak Iwonka Turosz, której nawet rąbka koszulki nie było dane mi zobaczyć :) Swoją drogą, szacun Iwona, absolutnie zdeklasowałaś nas o godzinę, rekord trasy, piękne... No. Takie pierwsze miejsce, to pierwsze miejsce WYBITNE.

Wracając do tematu - uważam, :) że zawodniczki „w zasięgu” mają w tym zasięgu pozostać. Biegniemy. Jako zdecydowana fanka podejść wykorzystuję początek i względnie odnajduję optymalną dla siebie szybkość. Co jakiś czas migają mi przed oczami odblaskowe nogawki koleżanki z przodu. Ona idzie jak burza. Myślę sobie, że na pewno w taki sposób szybko się wypali, ale…

... no, co za blondyna, to jest po prostu wojownik! Odblaskowe nogawki ogłaszają odblaskowym napisem, że ona „never stop”. O ile na początku pomyślałam: „nooo zobaczymy, czy tak never, mamy czas”, to po pierwszej pętli wiedziałam, że ta dziewczyna się nie poddaje.

Mijając się, zdawkowo rozmawiamy, Magda pyta – gdzie ty biegałaś? Czemu wcześniej nie widziałam cię na biegach? Ja pytam – jeśli jesteś jakimś mega zawodnikiem wygrywaczem to sorry, faux pas, ja tak bardzo nie wiem, że aż przepraszam. Nie znam się. My się nie znamy. Biegniemy.

Te nogawki i ten napis, pomyślałam, będą moim osobistym koszmarem Piekła. Jak zwykle, zamiast zachować zimną krew, poszłam w tango, naiwnie wierząc, że jakieś tam 63 km nie spali mnie jakkolwiek zachowam się na początku. :) Cóż za brawurowa głupota i zuchwałość :)

Ścigałyśmy się dość mocno. Ścigałyśmy się tak, że pierwszą pętlę zrobiłyśmy w czasie, który na tym dystansie dałby nam pierwsze miejsce open kobiet. Między nami były sekundy różnicy i nawet nie dbałam o to, czyje nogi poklepią ziemię wcześniej na punkcie kontrolnym.

DRUGA PĘTLA

Na podejściach brałam Magdę tylko po to, żeby doganiała mnie na zbiegach. Zrozumiałam że wypracowanie jakiejkolwiek przewagi jest po prostu niemożliwe. Trzeba więc myśleć o zneutralizowaniu tempa. Punkty odżywcze? Najwyżej na chwilę. Zbędny luksus, ale taki kuszący... Wszystko wyjdzie na trzeciej pętli, wiemy to obie i… współpracujemy.

Poznaję niesamowitą dziewczynę, która budzi mój podziw. Jest nawet śmiesznie :) rozmawiamy, biegniemy, rozmawiamy. Mięśnie zaczynają reagować na tempo i przewyższenie, łapią skurcze, jestem na to nieczuła. Każdy podbieg na skurczonych czwórkach odblokowuje kolejny zbieg. Mówię głowie, że nie chcę mieć skurczy. Każdy kolejny w końcu mija, a ja znowu jestem zaskoczona tym jedynym w swoim rodzaju „ultra-transem”, gdzie wszystko, co przychodzi i zdaje się być początkiem końca, w końcu odchodzi i… biegniesz dalej.

Biegniesz, ale już coraz bardziej idziesz. Pod koniec drugiej pętli Magda pyta: „Ciebie nie boli Gosia”? Odpowiadam, że boli, wszystko boli Magda, ale… ale minęłyśmy dwie dziewczyny z czołówki. Wiemy, że lecimy na podium. Magda raz za mną, raz przede mną. Pierwszy raz pomyślałam, że mogłabym z kimś biec w duecie. Ta dziewczyna się nie poddaje.

TRZECIA PĘTLA

Pojawiają się pierwsze truchła ludzkie na trasie. Zatrzymuję się i pytam, czy ci pomóc, czy chcesz sól, czy dzwonić do organizatora (jednocześnie wiedząc, że mój kryzys też już idzie, że już niedługo zapłacę za pierwszą pętlę). „Nie, nie, wszystko ok, chyba się pozbieram”. No to, ok. Powaga biegu do mnie dociera. W zmęczeniu innych ludzi uświadamiam sobie swoje. Teraz zaczyna się piekło. Teraz, kiedy mijasz truchła byczych mężczyzn, zdajesz sobie sprawę, że w sumie to jesteś w dość podobnym stanie.

Więc kryzys.

Kilometry bardziej chodzone niż biegane. Do biegu się zmuszam. Przez chwilę mam wrażenie, że zasnę na stojąco. Magda pyta, czy nie chcę kabanosa. Widzę, że u niej też chyba nie najlepiej. Chcę, Magda, chcę. A ty, nie chcesz ciasta marchewkowego? Schowałam bezpośrednio do kieszeni :D Możemy zwolnić? Nie. Chodź Magda, prujemy, prosto na podium. Minuty za nami, kolejna dziewczyna, pewnie też będzie walczyć. Wiemy, że minuty, ale nie wiemy, ile. Na tyle, że nie ma jej w zasięgu wzroku ale też na tyle, że nie można pozwolić sobie na luksus odpoczynku. Widmo czwartego miejsca razi. Żadna z nas nie chce się poddać. Komu przypadnie srebro, komu brąz, obojętne. Obie zasłużyłyśmy. Byle nie na czwarte…

Kryzys.

Mimo wszystko odzyskuję siły. Kilometr 54, może 55. Długie podejście, mówię Magdzie, że wraca flow, że muszę to wykorzystać, Magda mówi – leć! Zaczyna się moja droga po srebro. Podejścia ponownie wchodzą w nóżkę, chyba jakimś cudem. Do biegu na płaskim i zbiegów musze się zmuszać. Znowu idę, ale się nie zatrzymuję. Teraz jestem sama, choć wiem, że Magda jest bardzo niedaleko. Myślę o niej dobrze, niech nam starczy sił, czy idziemy razem czy osobno. Niewykluczone, że ta twarda blondyna jeszcze mnie wyprzedzi.

Fot. Jacek Deneka

Pada mi zegarek. 56 km. Wiem, że teraz kilometry będą się dłużyć, a trasa w świetle dnia wygląda zupełnie inaczej niż w nocy. Trudno mi określić, ile jeszcze. Jak długo jeszcze? Staram się nie myśleć… w ogóle. Czuję się jak na 90 km Rzeźnika Ultra. No, no, nie doceniłam tego biegu. Gdybym nie uległa emocjom pierwszej pętli, mogłabym złamać 11 godzin. Błąd. Odwracam się i patrzę, czy nikt nie słyszy i krzyczę. I znowu mam siły, i biegnę. Zbiegam jak najszybciej, wiem, że już trzeba do końca.

Ostatnie podejście.

1000 m, w tym prawie 400 przewyższenia, haha. To już nieważne. Nagle nogi zaczynają się wspinać. Właściwie myślę teraz o wspinaniu, nie o bieganiu. I nic nie zawodzi, wszystko działa, oby tylko szybciej. W połowie podejścia odwracam się. Magda! Super, więc też się nie poddała. Cisnę, cisnę, to już koniec? Niemożliwe! 

Niemożliwe, ale ostatnie metry jeszcze… przebiegam! Skąd się wzięły na to siły?! Nie wiem. Na mecie czuję niewątpliwie WSZYSTKO. 

I za to wszystko Piekłu Czantorii dziękuję. Warto było.



Na 167 startujących osób dystans ultra (63 km /+5600 m) ukończyło 100.

Przewyższenia: 5600 m ↗ prawie tyle samo w dół

Podbiegi - 21% - 36 % Zbiegi - 24% - 34 %


Klasyfikacja generalna: miejsce 21. Kobiety open: miejsce 2. :)

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów